powrocilam z peregrynacji urodzinowych, które okazaly się nadzwyczaj udane. popijam porto tawny, które jest zacnym trunkiem i w sumie jeszcze kieliszeczek i chyba zaintonuje jakies fado. godnym zauważenia faktem jest premiera kulinarna – w kocu spróbowałam perceves, które zoczyłam jakies 4 lata temu na mercado w barcelonie. angielska nazwa tego specyjalu to gooseneck barnacle, co jest o tyle ciekawe, ze w lizbonie podczytywałam biografie jamesa joyce’a, którego malzonka, nora, była de domo barnacle wlasnie.
ogolnie, moi zloci, było splendid. obecnie, pod chorico i morcele oraz biala sangrie i vinho verde jestem w stanie zaśpiewać fado na dowolny zadany temat, kwestia tylko dobrania odpowiednich akompaniatorow, których, jak odkrylam, wypada mieć tak ze trzech.
dwanascie miesiecy temu, popijajac bialego veuve clicquot na 40 p. mariottu zastanawialam sie, gdzie tez bede za rok i okazalo sie, ze los skazal mnie na picie tegoz veuve clicquot, tyle ze rose brut, u stop windy santa justa, pod morskie slimaki, perceves oraz lokalne ostrygi, ktore notabene, sa so blue inside. nie wiem czemu, ale lubie myslec, ze to kwestia emocji.
któregoś wieczora przeglądałam wloskiego woga. bardzo lubie sobie czasem popatrzeć na ladne przedmioty. z wogow i ellow, najbardziej odrealniony jest imho wlasnie wloski wog. brytyjski nie jest az tak przegięty, amerykanski jest wygładzony, natomiast wloski to full HC. piekna piękność nad piękności, absolutnie.
i ftrafiam na reklame. w duzym skrocie, kobita trzyma w rece białego krolika, za nogi, tymi jego rozowymi, delikatnymi uszkami do dolu. nie cenie królików, ni za intelekt, osobowosc czy urode, mao tego, jestem na kroliki uczulona do tego stopnia, ze wytrzymuje, chocby z klapoucha miniaturka, max 5 minut w jednym pomieszczeniu. po 5 min puchnie mi krtan i musze podawac tyly oraz ventolin naprzemiennie z flixotide. zatem krolika co najwyżej cenie ze względów kulinarnych, ponieważ bywa dobry w winie. białym.
i widze te rozowe, aksamitne uszka krolicze, delikatnie żyłkowane, wiszace do dolu i na nastepnej fotce widze geparda w klatce. wiecie jak się zbulwersowałam? strasznie. az poleciałam na sam początek sesji, bo na drugim zdjęciu jest ten gepard i jakies tam krwawe ochlapy leza, to poleciałam sprawdzac, czy tam gdzies biale futro nie wystaje z tej calej krwi. no po prostu mnie to ruszylo, te obrazki. bylam oburzona, tak calkiem mocno. a ja kroliki to jak wyzej.
i teraz nie wiem, kolacze się we mnie jakies echo człowieczeństwa gdzies tam gleboko schowane, czy tez może wyolbrzymiam i jest to po prostu dobra sesja?
wild couture, marcowy wloski wog to byl.
kiedy mysle o porzuconym blozku, mam lekkie wyrzuty sumienia. co prawda jest już mocno zuzyty, ale co by nie mowic, jesteśmy razem już dziewiaty rok. to do czegos zobowiazuje, choc pisanie bloga wydaje mi się takie staroświeckie, w dobie blipow, pingerow, mixerow, twitterow i ogolnie, mikrobloggingu.
calkiem niedawno mialam ochote napisac tu pare slow o tym, jak zaskoczyla mnie jedna taka reklama. nawet się zbierałam, żeby to opisac, ale jestem tak rozleniwiona tym blipem potwornie. kiedys posty na blog to była krotka forma.
z wiadomości parafialnych, to kryzys has landed i wszyscy wiemy, ze nic nie wiemy, najgorsze, ze wykonuje zawod, w który wpisane jest wrozenie z fusow, tarot i pasjans online. musze tylko dobrze stawiac karty, może jakos obleci. choc jak na razie, najbardziej dolegliwe dla mnie jest to, ze nie dziala mi klawisz ‘n’.
skomentuj (0)
tym razem zacukalam się na dłużej niż miesiąc. niestety nei mam jakichs większych spraw do ogłoszenia, poza tym tylko, ze moje zycie jest ciagle jak film. unikaty, biale kruki, wzorce z sevres, absolutna niszowość i festiwal dziwności ludzkiej, do znudzenia. jest to już w zasadzie staly element krajobrazu, przyzwyczaiłam się już jak do zwierzat domowych czy cos. za każdym razem kiedy mysle, ze już dziwniej być nie może, staje się cos, co obraca w niwecz moje dotychczasowe zalozenia i po raz kolejny wpadam w katatonie ze zdumienia. czy to się kiedys skonczy w ogole, czy już tak zostanie, ludzie są dziwni
co poza tem, w pracy chce mi się krzyczec, w sferze prywatnej rozbudowuje kolekcje torebek, jade w szwajcarskie alpy niebawem oraz mam wszystko w dupie.
bo taki maneater to w zasadzie jakby zyciowy niesłychanie, me likez dat
skomentuj (1)
zaczynam mieć cykl blogowy miesięczny czy cos. dzieje się strasznie duzo, te koincydy i zbiegi okoliczności, wiem, już nudze. już rok będzie tak truje o tych niesamowitych splotach wydarzen i perfekcyjnych timingach. co poradze, tak moje zycie wyglada. przeszłość w dalszym ciagu powraca, zapętla się, gafy okazuja się przyczynkami obiecujących znajomości, bilans superblondynow się domyka, jeśli chodzi o szczegóły to normalnie sceny jak z bonda co najmniej, superfaceci w garniakach przemega, 110% testosteronu, wymyslne bukiety kwiatow, pelna kurtuazja, na stol wjeżdżają wszystkie desery z karty albo dla odmiany panna cotta w kształcie serca na specjalne zyczenie, nic w ogole nie wspominajac o torcikach bezowych, ale rzecz jasna mam to w dupie i jestem krancowo nieuprzejma, szczerze stawiając sprawy, co jednakowoz nie przynosi większych efektow.
spod rzes przygladam się postaciom obecnym na planie i temu, jak scenariusz się zmienia, tak bym była w stanie go zaakceptowac.
generalnie na moim pueblo sceny jak z filmu. a 15go lece na na lanzarote popielegnowac sobie opalenizne. musze się wyciszyc, bo zwariuje.
poza tem agresywnie rekrutuje mnie konkurencja i chyba już od dawna nie było lepiej w pralinkowie, obiektywnie rzecz biorac, a jakas taka czula melancholia wystepuje. zeby nie rzec, zaduma. albo trwoga
z akcesoriow, to słucham nelly f. loose. i nie mogę zrozumiec, dlaczego tak pozno na nia wpadlam.
bosh, miesiac nie pisalam. nastepuje kanibalizacja blogowa, maly bliplog pozera swego starszego kolege. przez ten miesiac to dosłownie jak na centrali, wszystko naraz, się dzialo. upalna sycylia, wesele cosy nostry w hotelu, w którym spalam (stojac w lobby w sobotni wieczor, posrod niewielkich corleone, wyglądających w wiekszosci jak klony ala pacino oraz ich wielkich, monumentalnych wrecz zon, czulam się jakbym miala na imie michelle, zaraz ktos mnie porwie i zamknie w kasynie celem nadużycia mej nietykalności cielesnej a za chwile w ogrodzie hotelowym padnie klaps na planie ojca chrzestnego. MASARKA). były tez rozne kosmiczne koincydencje i nieoczekiwane wypadki, których obserwowalny wszechświat nie doświadczył, pare razy niewiarygodne zaistnialo w realu, kilka razy atakowala mnie brakslowoza przewlekla jak również doglebny dysonans poznawczy. doznalam tez pierwszych snow w formacie .ppt oraz tych, dotyczących procesu ofertowania w doradztwie strategicznym. mówiąc krotko, zapętlenie czasoprzestrzeni przybiera na sile. i powracaja ludzie z przeszłości, bliższej, dalszej, jakas taka kosmiczna grawitacja, nie wiadomo co powiedziec w ogole.
oraz wpadlam w ciag nalogowego czytana dawkinsa, domówiłam sobie kolejne trzy tytuly, w tzw międzyczasie, zanim merlin je spakuje i wysle, czytam bardzo pomalu ‘teorie wszystkiego’ hawkinga i się wzruszam.
wróciłam z sardynii. niestety. w sam srodek jesiennych przyczajek. jesien za pasem i nei da się ukryc, czas poczynic z tej okazji jakies zakupy. tak się złożyło, ze jesienne pantofle na kick off sezonu już mam, hojnemu darczyńcy chce z tego miejsca podziękować. no ale trzeba kupic kozaki, jakies torebki, skórzane zakiety, sweterki, cala masa rzeczy do kupienia.
ale nie o tym chcialam. musze albowiem to napisac, jestem zakochana w sardynii. arbatax, capo testa, dorgali, costa smeralda generalnie, jest to odjazd. wroce tam chocby nei wiem co, koniecznie, nieważne z kim i jak. błękitne laguny, czyste dno, wiejacy mistral, dzieki któremu nie czuje się upalu, zajebiste plaze, skaliste wybrzeza, gory, gaje oliwne, debow korkowych i wszechobecna makia, pachnaca rozmarynem i mirtem. cos cudownego. do tego morskie jedzenie, wszystko super swieze i takie dobre. jak dla mnie, optymalnie, doskonale, jadlam homara, languste wielka jak butelka wina, najlepsze chyba dotychczas w mej karierze mule, matwe, osmiornice i rzecz jasna sardynki. do tego biale, słomkowe, lekkie vermentino, raj na ziemi, doslownie RAJSKA WYSPA. jedzcie tam, jeśli możecie.
a już za tydzień sycylia. stay tuned.
z linkeda: XX joined 8 groups: Creative Communication & Innovation Network of Innovators, Innovative Learning & Education Innovators, Chicagovators Innovation Network of Innovative & Creative Innovators, Innovative Experience Economy & Authenticity Innovation Experts, and Innovative Futurists & Anticipatory Scientists Innovation Network, w sumie nie wiem co powiedziec
skomentuj (6)
czas leci jak szalony, sierpień się karwa zaczal a ja nic i nic. worda to otwieram już chyba trzeci raz żeby cos napisac, tak mi jakos czas przez palce przecieka. zycie przyspiesza, koincydencja goni koincydencje (tu bez zmian), byłyśmy się pobyczyc w nałęczowskim spa, co zasluguje na osobnego posta, oraz za 10 dni kieruje się na południe europy, sardynia jest ma destynacja w tym miesiącu, w związku z czym musze poczynic mnóstwo zakupow. ech, ciezkie jest to zycie naprawde. we wrzesniu planuje zaliczyc sycylie, ponieważ jestem tego warta. generalnie, tak naprawde mam wszystko w dupie, liczy się zabawa. oraz zakupy.
także projekty pod dywan, kosmici na marsa, reszta kopa w dupe na zaped, dosc mam niańczenia buszmenow i cackania się z debilami.
z zupełnych newsow, to powstal projekt 4B. wyglada groznie, jest dzieckiem szeregu zbiegow okoliczności zdumiewających. możliwe, ze okaze się sukcesem.
z tego wszystkiego, z tego całego zamieszania, zapomniałam napisac, ze urodziny w tym roku mialam wyjatkowe. spędzałam je bowiem na 40. pietrze marriottu, gdzie od samego rana bliny z kawiorem, sakiewki z krabem, tartinki, bita smietana z malinami i wszystko to popijałam dobrze schłodzonym moet&chandon. tak, w apartamencie prezydenckim. tak, w tym samym, gdzie schadzke rok temu miał duet krauze/kaczmarek. naprawde.
coz za koincydencja, ze impreza wypadla akuracik w moje urodziny, perfect timing, innit. bylo kameralnie, niektórzy politycy początkowo myśleli, ze jestem modelka, dopiero pozniej się okazalo, ze prowadze ten caly balagan jako gwozdz programu i branżowy celeb. ech, ludzie sa dziwni. znany ekonomista wpakowal mi się nawet do buduaru, gdzie prawil mnie komplementa wątpliwej jakości, no ale coz, znana z refleksu i ciętych ripost pralinka odparla niewczesne awanse, mówiąc cos w stylu ‘rozumiem pana zachwyt, to naturalne, firma abc wlasnie w taki sposób zawsze zaskakuje swoich klientow’, po czym wskazałam mu droge do wyjscia.
w ramach prezentu urodzinowego dostalam sesje foto, w inkryminowanym apartamencie, która rozpoczyna się na korytarzu, ja ide krokiem zmartwionym, zatroskanym, charakterystycznym, nastepnie w holu pośród kieliszkow szampana i przesypujących się popielniczek, poprzez schody, final jest w buduarze, ogolnie – zajebioza, takich urodzin jeszcze nie mialam.
ciekawe, gdzie wyladuje za rok.
bosh, czas chyba wielki dac jakiegos posta. pisałam cos ze było dziwnie? oh rly? no to jest jeszcze dziwniej, koincydencje i perfekcyjne timingi mnoza się w nieskończoność, ja naprawde nie wiem, co o tym myśleć, to już trwa tak dlugo, jakies promieniowanie kosmiczne czy co, pelna synchronizacja postaci wokół mnie, az zaczynamy się zastanawiac czy nie jest to jakies ‘pralinka show’, w którym gram glowna role. poza tym jak w polskim filmie. z ostatniej chwili to fumerie turque lutensa, ponownie rozowe zloto i brylanty, buty, wywiady, autografy, holdy, powiekszajaca sie kolekcja przystojnych blondynow. nuda, panie.
skomentuj (3)
biorac pod uwage możliwość reinknarnacji, kimze/czymże musiałam być w poprzednim wcieleniu, żeby się dzialo tak, jak się dzieje? za co, za co? co to za karma, kto to kurwa tak wymyślił pieknie? czy ambiwalentne uczucia kiedykolwiek mnie opuszcza, czy kiedys przestane się miotac z euforii w depre? czy musi być tak, ze jest slodko-gorzko? nie mogloby być po prostu normalnie?
warszawa to dziwne miasto, może dlatego wlasnie tak je pokochałam, czy poznan był dla mnie zbyt prostolinijny, bym mogla zostawic tam serce? za normalny? lubie wyzwania, tak – zawsze wybieram najtrudniejsze szlaki, ale co mi po tej świadomości?
ludzie tu sa dziwni, naprawde. i ja, rzecz jasna, nie stanowie tu wyjatku.
rzym 2008 był zdecydowanie najbardziej perwersyjnym tygodniem nowożytnej europy. samo miasto reklamy nie potrzebuje, jest cudowne, wiadomo. najsilniej tracilam przytomność przy di trevi, di trevi zrobila mi wode z mozgu. zrobie wszystko, żeby tam wrócić, nawet pieniazek wrzuciłam. zreszta, pieniazki i wota składałam wielokrotnie, azeby powrocic tam howgh. nie będę się rozpisywac o awentynie czy palatynie, czy tez villa borghese, bo to wiadomo. ale uwierzcie mi, tylu kwiatow, prezentow, tyle uwagi i zainteresowania, ile otrzymałam podczas tego tygodnia, w pale się nei miesci! dawno już nie bylam tak rozpieszczana, tak zaszczycana afektami, w takim natężeniu i z taka przewrotna ironia losu, nie jesteście sobie w stanie wyobrazic, co mi się pod maska dzialo. z ledwością znosiłam te perwerche przemega, przyjmując coraz to nowe holdy, a to zegarek, a to pierścionek, a to odziez skorzana wysokiej klasy, a to bielizna, a to znowu ekskluzywne perfumy - i to niejedne! a to odziez wizytowa i wszystko to w rzymie, wiecznym miescie, gdzie normalnie cuda się zdarzaja, gdzie dzieja się rzeczy zupełnie niespodziewane i wraca się do wawki, do zupełnie juz innego, odmienionego swiata. ostatnimi czasy dzieja się w moim zyciu rzeczy tak dziwne, tak dziwne, tak nieoczekiwane, zdumiewające, naprawde, nawet ja nei wiem jak to ubrac w slowa.
skomentuj (1)
mialam dzis sesje zdjeciowa dla forbesa. pan z aparatem zabral mnie na wyścigi, celem stworzenia uroczego pictorialu do tekstu o rynku mvno. HOWEVER. weszłam na teren służewieckich torow i umarlam, wstrząsnęła mna wiosna w czystej postaci, jaka miala tam miejsce. krople rosy w bardzo zielonej trawie, bo to poranek był, wiosenne nieśmiałe kwiatuszki, rosnące sobie gdzieniegdzie, slonce przedzierające się przez korony drzew oraz świergot ptakow. wiosna przemega ultra plus pro, cudowne doznanie. mocno korporacyjna, w lnianym garniaku oraz kremowych lakierkach kontrastowałam niepokojaco z absolutnie sielskim krajobrazem. i to wszystko w miescie. kocham duze miasta, maja w sobie wszystko, co trzeba. nawet wiosenne, zielone, świetliste zakatki.
sluchejcie, wiosna, tego, no. a jutro kierunek – rzym.
jestem dzis na urlopie, ponieważ mam montaż macassarow. rzecz jasna, poszlam na lotusa, przy okazji łapiąc się na rozkminkach, czy aby przekierowalam telefon biurewny na domowke, co w świetle faktu, ze mam urlop, jest nieco przerażające, jest to bowiem tak zwane skorporacyjnienie konsultingowe.
poza tym bardzo agresywnie zaatakowala mnie alergia, telfast się troche nie wyrabia. wizyte u alergologa mam dopiero 7 maja, na co czekam z utęsknieniem, albowiem mam wrazenie, ze do mojej alergii na sierści i roztocza dołączyła jakas roslinna. ponoc brzoza pyli obecnie. najlepiej byloby wyjechac z kraju na tydzien, niestety bedzie to mozliwe dopiero za 7 dni, na 7 dni. musze to przetrwac, przeczekac, przeczekac trzeba mi.
skomentuj (2)we wtorek stacja informacyjna poprosila mnie o komentarz do kamery na jeden z moich ulubionych tematow: infrastruktury telekomunikacyjnej. przyjechali, nagrali, pojechali. w międzyczasie ja udalam się na iwent jednego z dostawcow tejze infrastruktury, gdzie kolega robil prezke, ja zas występowałam w charakterze nadzorcy, matki chrzestnej oraz saportu, czegos w rodzaju back office. na sali objawil się pan z firmy WN, który bardzo chciał zaistniec i którego musiałam, idac z odsiecza koledze, osadzac, ku uciesze sali. po czesci oficjalnej udaliśmy się na drynka do baru, gdzie zoczyłam Pana Chcącego Zaistniec, a jako ze moje drugie imie brzmi Konfrontacja, uderzyłam do niego z karta kredytowa w dloni, gotowa czerwonym lakierkiem wdeptac go w dywan, oczywiście tak, by nie był pewny, czy mu pochlebiam, czy tez może wcale nie. uruchamiam tasme z ewangelia korporacyjna, roztaczam świetlane wizje, nawijam o budowaniu przewagi konkurencyjnej, o zaufaniu i tym podobnych hocopolach i już mam zadac ostateczny cios, kiedy to towarzysz mój, grobowym glosem ozywa się, MAGDA, JESTES W TELEWIZJI. ja patrze a na 40 calowym lcd, wiszącym u sufitu ja, we wlasnej osobie, moja blond glowka, w rzeczy samej. tlum konferencyjny w konsternacji, to na mnie, to na tv, to na mnie, to na tv, Pan Chcacy Zaistniec zas w jednej chwili runal w kawalki, zawiesil się z otwartymi ustyma, zacukal i stracil ogolnie kontenans. ja zas, niespeszona, kontynuowałam dalej, jak mawiaja politycy, pośród poruszenia w barze, i wtedy ten sam grobowy glos mowi MAGDA, ZNOW JESTES W TELEWIZJI, i odwracam się i rzeczywiście, mam drugie wejście, ludzie z baru gapia się dzikim wzrokiem to do gory, to na mnie, jak to możliwe, ze ona jest w dwoch miejscach jednoczesnie (anturaz wszak ten sam mialam). zapętlenie czasoprzestrzeni, czarna dziura, przemega koincydencja, PRODUCT PLACEMENT do imentu, czegos takiego nikt by nawet nie wymyślił.
coz dodac. fakju, gudnajt.
skomentuj (4)
blogus pomalu pokrywa się kurzem, wypadaloby cos napisac, no to może napisze, ze koincydencja goni koincydencje, nieprawdopodobne zbiegi okoliczności mnoza się, dokad to wszystko mnie zaprowadzi –nie wiem i nie chce wiedziec, ponadto nowy, caly kubik wisi oraz szafka componibili już na kwadracie, prace projektowe ida pelna para, jeszcze tylko miesiąc i mam nowe drzwi.
poza tym dostaje propozycje pracy, które metodycznie ignoruje. sporo się dzieje, wiosna prawie wkroczyla, jeszcze się waha, ale już niedługo, jak sadze. nie będę się rozpisywac, jak to mi telefon zadzwonil podczas concalla a rington mialam szczegolny. normalnie, pralinka.com